- Po raz pierwszy rozmawialiśmy w 2014 roku i od tego czasu łączy nas więź. Mieliśmy wiele chwil na wspólną pracę, ale Bóg jeden wie, dlaczego nigdy wcześniej się to nie wydarzyło. Przyszedłeś we właściwym czasie i zasadniczo zmieniłeś mnie jako gracza i uczyniłeś mnie jeszcze silniejszym psychicznie, a co ważniejsze, wygraliśmy razem! Zwycięstwo jest dla Ciebie najważniejsze i cieszę się, że miałem Cię jako trenera. Będę przestrzegać twoich zasad przez resztę mojej kariery (przygotowanie fizyczne, psychiczne i po prostu chęć wygrania…). To była przyjemność dla ciebie grać! Dziękuję za wszystko, co zrobiłeś. Wiele Ci zawdzięczam…

Tak Romelu Lukaku pożegnał swojego trenera Antonio Conte, kiedy niespodziewanie gruchnęła informacja o rozwiązaniu (za porozumieniem stron) przez włoskiego pasjonata kontraktu z Interem Mediolan. Wizja  przyszłej pracy byłego już szkoleniowca nie koniecznie zazębiała się z finansowymi planami panów dyrektorów, przez co musiało dojść do rozstania. Klub który po dekadzie dominacji Juventusu pewnym krokiem wskoczył na tron włoskiego ligowego futbolu, stanął przed nie lada problemem – jak utrzymać najlepszych piłkarzy takich jak Milan Skriniar, Lautaro czy Hakimi, posiadając dość znaczącą dziurę budżetową. Dla ambitnego Conte, ciągle bardzo niespełnionego w klubowej piłce na arenie europejskiej, ewentualna wyprzedaż filarów ekipy była nie do zaakceptowania.

Wracając do belgijskiego napastnika, jego czas w Mediolanie to w porównaniu do dwóch sezonów w Manchesterze United prawdziwa sielanka. Lukaku przychodził na Old Trafford jako symbol ewentualnych zmian i powrotu Czerwonych Diabłów na szczyt i ta presja zjadała go od środka. Nie dość, że sama drużyna grała futbol nieszczególnie miły dla oka, żeby nie użyć poważniejszych słów, to na dodatek Belg stał się ofiarą tego czego nie życzymy żadnemu napastnikowi świata - bezceremonialnie wyliczano mu minuty bez bramkowej zdobyczby, posądzano o nadwagę i krytykowano go za słabe przyjęcie piłki.

Transfer do Serie A pod skrzydła świeżo zatrudnionego Conte, który właśnie w wychowanku Anderlechtu Bruksela zobaczył kluczowy klocek w mediolańskiej układance, był jak się okazało strzałem w dziesiątkę. Włoch szybko zdobył zaufanie napastnika i wzmocnił jego pewność siebie, którą emanował przez dwa ostatnie sezony. Pomysł aby na murawie zestawić ze sobą duet Lu-La wypalił podręcznikowo i wydaje się, że rozłożenie akcentów ofensywnych na dwójkę zawodników pasowało tak Argentyńczykowi jak i Belgowi.

Szczęście w nieszczęściu dla Lukaku jest takie, że Inter zatrudnił Simone Inzaghiego - trenera który również ufa ustawieniu 3 - 5- 2, a pod jego okiem kapitalną robotę robił przez ostatnie lata Ciro Immobile. Patrzenie na futbol tak Conte jak i Inzaghiego wcale nie musi być diametralnie różne, co jest w tej sytuacji plusem. Druga sprawa jest taka, że od zawodowca o takiej renomie jak Romelu, zarabiającego parę milinów Euro rocznie, wymagamy chyba aby pod każdym kierownictwem grał dobrze i na to właśnie po cichu liczę. Inter zasłużył na sukcesy w Lidze Mistrzów i oby dwaj panowie w tej niełatwej europejskiej misji będą dla siebie niezbędni.