Jestem wewnętrznie rozdarty. Finał tegorocznej Ligi Mistrzów nie był dla mnie zbyt emocjonujący ze względu na moje kibicowskie preferencje, ale przyznaję się bez bicia, że jako zagorzały fan Man United jestem winny trzymaniu kciuków za Chelsea Londyn....

Napiszę może trochę kontrowersyjnie - Man City jako projekt nie ma w sobie nic fajnego. Ani fajnych piłkarzy wzbudzających sympatię jak chociażby N'Golo Kante po stronie CFC, ani ciekawej historii, ani nawet ładnych barw klubowych. Koszulki The Citizens przypominają mi raczej najtańsze t-shirty z chińskiego sklepu i tak to widzę, przepraszam wszystkich urażonych sympatyków MC (jeśli takowi istnieją).

Wracając do meritum. Cieszy fakt, że Chelsea wygrała przy okazji na ten sukces zasługując. Wynik 1 - 0 nie jest wypadkową jakiegoś  gola z niczego a wręcz odwrotnie - to ekipa z Londynu w samym spotkaniu zaprezentowała się minimalnie lepiej, już od startu nadając ton boiskowym wydarzeniom. Co godne docenienia, to na pewno dobra organizacja gry, choć teoretycznie kontuzja defensywnego filaru jakim jest z pewnością Thiago Silva mogła narobić trochę szkód. W ofensywie końcu przełamał się Kai Havertz, który ciągle nie wskoczył jeszcze na ten level którego wymaga się w Anglii, ale pokazał tym meczem, że potencjał w jego lewej nodze jest nieograniczony i wiemy już za co Chelsea kładła na stół 70 milionów funtów. Chwalić po takim występie można oczywiście jeszcze wielu grajków, ale w boiskowym sercu Chelsea płynie francuska krew. N'Golo Kante zasłużenie odebrał upominek za MVP finału, bo tradycyjnie już dwoił się i troił tak w grze do przodu jak i przy wykonywaniu swoich zadań nominalnych, a już końcówka była w jego wykonaniu profesorska. 

Słowa uznania należą się rzecz jasna gościowi ciągnącemu za wiele sznurków w The Blues, Tomasowi Tuchelowi. Niemiec odżył po zwolnieniu z Paris SG i sezon ten zakończył swoim największym zawodowym sukcesem. Jak pamiętamy blisko było już rok temu, jednak pokazanie wówczas wyższości nad grającym kosmiczny futbol Bayernem było chyba prawdziwym mission impossible, nawet posiadając w składzie Kyliana Mbappe. Nieco inaczej wyglądało to tym razem - ja osobiście przed tegorocznym finałem nie miałem odczucia, że cokolwiek jest jasne już przed pierwszym gwizdkiem, bo też Pep Guardiola daleki jest od posiadania jakiegoś patentu na wygrywanie Champions League. Mija właśnie 10 lat od jego ostatniego sukcesu z Barceloną w tych rozgrywkach i Hiszpanowi znów przyszło patrzeć jak z pucharu cieszy się kto inny.

Gdyby ktoś był strasznie zaskoczony wczorajszymi rozstrzygnięciami, to małym zalążkiem tego co mogło wydarzyć się w finale była niedawna potyczka tych dwóch drużyn w 1/2 Pucharu Anglii. Tam również Londyńczycy wyglądali na tle City bardzo pewnie i ich zwycięstwo 1 - 0 po bramce niewykorzystanego wczoraj Marokańczyka Hakima Ziyecha, było jak najbardziej zasłużone. Ekipa Chelsea na prawdę po objęciu sterów przez Tuchela zmieniła swoje oblicze o 180' i w przyszłym sezonie może być całkiem groźna w kontekście walki o mistrzostwo.

Na koniec dwa słówka o Man City. Nie udało się na koniec kariery na wyspach wygrać najważniejszych klubowych rozgrywek Sergio Aguero, który w poszukiwaniu nowych wyzwań przenosi się do Barcy. Nie odbieram też rywalom United zza miedzy tego, że kontuzja Kevina de Bruyne trochę pokrzyżowała im szyki, bo cała machina bez Belga działa nieco inaczej niż z nim za sterami. Mimo wszystko od ekipy, która tak ewidentnie dominuje w rozgrywkach ligowych można wymagać lepszej gry i niestety City po raz kolejny nie unieśli ciężaru.