Krótko i zwięźle, bo wciąż ciężko to zrozumieć. Wszystkim fanom Manchesteru United przyszło wczoraj przełknąć kolejną w ostatnich latach gorzką pigułkę. Trofeum znów brak, zawód jest duży, nawet jeśli to tylko finał Ligi Europy. 

Mówię "tylko" oczywiście wyłącznie z perspektywy Czerwonych Diabłów, którzy finalnie marzą o powrocie do przeszłości i odgrywaniu dużej roli w Lidze Mistrzów. Jak jednak tego dokonać, skoro nie potrafi się wygrywać spotkań takich jak to wczorajsze ? Nie chodziło o styl, nie chodziło o piękny pokaz futbolu jak za czasów Barcelony z Guardiolą a o ZWYCIĘSTWO. Niestety zabrakło wszystkiego. Z całym szacunkiem do drużyny Villarreal, bo osiągnęła ona właśnie największy sukces w swojej historii, teoretycznie na podium z pucharem powinni zameldować się gracze w czerwonych strojach.... 

Karne to karne, niby loteria, ale trzeba starać się zwiększyć swoje szanse. Od dawna wiadomo o braku umiejętności bronienia ich przez Davida de Geę, co uwidoczniło się właśnie podczas konkursu jedenastek. Na tym etapie kariery Hiszpan przepuścił łącznie z wczorajszymi blisko 40 "wapn" pod rząd, a podchodząc do swojego strzału wyglądał na prawdę niepewnie. Czy zmiana Deana Hendersona w bramce mogłaby coś zmienić ? Tego już się nie dowiemy.

Bruno Fernandes dał swoim hejterom nie lada pole do popisu. Już i tak portugalskiemu pomocnikowi zarzuca się notorycznie, że ginie w ważnych spotkaniach, co oczywiście dla tych trochę bardziej kibicujących United niekoniecznie jest prawdą. Jakby jednak zawodnika nie bronić, na stadionie Lechii Gdańsk nie potrafił w żaden sposób wpłynąć na grę zespołu. Często uciekał na swoją połowę aby poczuć piłkę, a kiedy już znalazł się bliżej bramki Villarreal brakowało dokładności, że o współpracy z Edinsonem Cavanim nie wspomnę. Marcus Rashford tym razem zagrał bezproduktywnie, co niestety ciągle czasem mu się przydarza. W jego grze zabrakło kropki nad "i" przysłowiowego błysku, a czasem wyglądało jakby nie miał pomysłu na rozwiązanie niektórych akcji.

Co bardziej irytujące, to fakt wąskiego jak się okazuje zawodniczego garnituru. Nie jest chyba przypadkiem, że Ole Gunnar Solskjaer tak długo czekał ze zmianami, mimo że chociażby wyżej wymieniony Rashford nie miał dobrego dnia. Desygnując do gry swój absolutnie najlepszy możliwy tego wieczora skład, Norweg nie potrafił zaufać nikomu z ławki rezerwowych. Dość powiedzieć, że zmiany Maty i Alexa Tellesa wykonane chwilę przed gwizdkiem kończącym dogrywkę, miały na celu tylko i wyłącznie zwiększyć szanse drużyny w rzutach karnych. Donny van de Beek, który w ostatnim meczu ligowym zagrał znakomite zawody, tym razem nie dostał ani minuty co po raz n-ty każe się zastanowić jaki był cel tego transferu rok temu. Amad Diallo jest jeszcze nieograny na takim poziomie, a Daniel James niestety nie pasuje umiejętnościami do Manchesteru United i trzeba to sobie powiedzieć jasno. Unai Emery zupełnie inaczej rozegrał kwestię zmian, co po pierwsze pokazuje, że dysponował zdecydowanie bardziej wyrównaną (nawet jeśli na papierze słabszą) kadrą, po drugie dzięki roszadom całkowicie zdominował dodatkowe 30 minut gry. W nieformalnym pojedynku szkoleniowców Hiszpan na pewno okazał być się dojrzalszy.

United sami są sobie winni, ale Villarreal należy się szacunek za dobrą organizację gry. Mimo, że Hiszpanie oddali posiadanie rywalowi, umiejętnie przeszkadzali w konstruowaniu akcji, a w ofensywie stworzyli kilka niezłych okazji bramkowych. Wszystkie pochwały są zasłużone, można śpiewać pieśni na cześć stoperów Albiola i Pau Torresa, ale pozostaje ciągle wrażenie, że to Anglicy oddali puchar, a nie Żółta Łódź Podwodna go wywalczyła. Może jest to stwierdzenie trochę niesprawiedliwe, ale faworyt był jeden i ten faworyt sromotnie zawiódł.