Wydawać by się mogło, iż przez ostatnie lata koszykarscy Bogowie zapomnieli o Charlotte. Ekipa Hornets nie przyciągała przed telewizory zawrotnej liczby fanów, a to dlatego, że nieszczególnie dała się zapamiętać z czegoś wielkiego w sensie stricte koszykarskim. Kemba Walker - notabene grający już dla Boston Celtics - i długo, długo nic - tak można by  określić pokrótce drużynę z Karoliny Północnej. Ale....

Także dla ekipy Michaela Jordana zaświeciło światełko w tunelu, a światełkiem tym było wylosowanie trzeciego numeru w drafcie 2021. Mimo iż GOAT dał się poznać jako średni właściciel, dysponujący niekoniecznie wielką czutką jeśli chodzi o wybory zawodników - że wspomnimy chociażby tak strasznie "elektryzujące" nazwiska jak Frank Kaminsky czy Cody Zeller - tym razem nawet on trafił w sedno. Przygarnięcie do zespołu LaMelo Ball'a okazało się być strzałem w dziesiątkę.

Uznawany przez wielu za zdecydowanie najbardziej utalentowanego z trzech braci, zdaje się pokazywać wszystkim, że opinie te nie były na wyrost. Już teraz jest on zdecydowanym frontrunnerem w walce o nagrodę Rookie of the Year, a ciężko oprzeć się wrażeniu, że do końca fazy zasadniczej czekają nas jeszcze różne fajerwerki jeśli chodzi o jego występy. Bardzo agresywna gra bazująca na dużej liczbie penetracji oraz ponadprzeciętna wizja, składają się na średnie na poziomie 15 punktów, 6 zbiórek i 6 asyst, co jak na pierwszoroczniaka jest naprawdę godne podziwu. Jednak to chyba nie liczby są w jego przypadku najważniejsze. Co więc?

Okazuje się bowiem, że najmłodszy z braci zmienił Hornets w zespół określany mianem "must see tv". "Szerszenie" mogą poszczycić się miejscem na podium w statystyce wykupionych transmisji swoich meczów na oficjalnej witrynie NBA.COM. Powiedzmy sobie szczerze, że awans z szarego końca na czoło stawki nie byłby możliwy w żaden sposób bez osoby ich nowego rozgrywającego.

Zasługa leży jednak nie tylko po stronie LaMelo. Wszystko zbiegło się z zebraniem przez Jordana całkiem fajnej ekipy, która jak lwy walczy o miejsce w fazie play-off. Praktycznie co mecz dla któregoś z graczy kosz zamienia się w ocean i trafiają oni z zamkniętymi oczami. "Scary" Terry Rozier czy rezerwowy Malik Monk, co wieczór są w stanie dostarczyć 30+ punktów, świetnie się przy tym bawiąc na parkiecie, a Miles Bridges zachwyca efektownymi posterami. Tempo w spotkaniach Charlotte jest naprawdę wysokie, a cała ekipa znakomicie operuje piłką na obwodzie, będąc w czołówce jeśli chodzi o asysty. Nie sposób nie wspomnieć też o byłym All-Star Gordonie Haywardzie, który po fatalnej kontuzji otwartego złamania nogi sprzed kilku sezonów, w końcu wrócił na właściwe tory, choć gwoli ścisłości dodać należy, że tego od niego oczekiwano płacąc mu ponad 27 milionów dolarów za obecny sezon.

Szalony tatuś LaVar Ball, o którym jeszcze na naszej stronie usłyszycie, znany z bardzo ciętego języka i ostrych opinii, po raz kolejny zaklął rzeczywistość. Przez wiele lat upierał się, że to LaMelo będzie największą gwiazdą spośród jego synów i chyba tradycyjnie się nie pomylił. Absolutnie nie będzie zdziwieniem, jeśli już za rok LaMelo zadebiutuje w meczu gwiazd - wsparcie kibiców będzie miał bowiem ogromne, a i talentu mu nie zabraknie. W tym sezonie zespół Charlotte czeka zapewne maksymalnie pierwsza runda play-off a potem wyjazd "na ryby", ale w przypadku tej ekipy za rok "sky is the limit".