W zawodowym sporcie czasami bardzo trudno utrzymać tych samych zawodników w jednym zespole przez kilka sezonów, ale jeśli już się uda, to odpowiednie zarządzanie całą operacją może przynieść naprawdę owocną współpracę.

Czy tak się stanie z ekipą Utah Jazz? Na to pytanie będziemy mogli odpowiedzieć sobie z czystym sumieniem dopiero podczas rozgrywek playoffs. Przy tak pewnej grze i niesamowitej determinacji, zespół z Salt Lake City zapewne bez problemu awansuje do najważniejszego etapu w sezonie. Dla wielu kibiców zaskoczeniem jest fakt, że drużyna Quina Snydera przoduje w konferencji zachodniej i wydaje się, że trudno będzie ją zatrzymać. Tylko czy na pewno obecną postawę Utah Jazz można nazwać ogromnym zaskoczeniem? Moim zdaniem osoby, obejmujące najważniejsze stanowiska w klubie, wykazały się niesamowitą cierpliwością, która właśnie teraz daje najlepsze efekty. W 2017 roku zaczęto budować drużynę wokół młodziutkiego Donovana Mitchella, który bardzo szybko załatał dziurę po odejściu Gordona Haywarda, stając się zdecydowanym liderem. U jego boku Rudy Gobert, będący w zespole od lat, do dziś wiodący prym w obronie. Po obu stronach parkietu potrafi zrobić wyraźną róźnicę. Aktualnie piąty strzelec zespołu, ale brak jego osoby oznaczałby dla Jazzmanów znaczącą stratę. Postać Joe Inglesa niemniej ważna od wspomnianego wcześniej środkowego. W zespole dysponuje identycznym stażem co francuski center, czyli śmiało można rzec, że jest to kolejny weteran ekipy trenera Snydera, idealnie pasujący do preferowanego stylu gry. Mówiąc kolokwialnie, cała trójka zna się ze sobą jak łyse konie. A może nawet czwórka? Przecież coach Quin Snyder jest dyrygentem całej orkiestry nieprzerwanie od 2014 roku.

Pytanie co z resztą? Na rozegraniu niedoceniany Mike Conley, prezentujący solidne statystyki na poziomie średnio 16.1 punktów, 3.5 zbiórek i 5.7 asyst na mecz. Wspierający trzon zespołu, wchodzący z ławki Jordan Clarkson, który być może zmierza po tytuł najlepszego w kategorii Sixth Man of The Year. Nie można zapomnieć o kolejnym wybitnym strzelcu, potrafiącym dorzucić kilkanaście oczek w większości meczów - panie i panowie,  Bojan Bogdanovic we własnej osobie. Natomiast Derrick Favors stara się pomóc pod koszem Rudy'emu Gobertowi. Robi co w jego mocy, kiedy Francuz opuszcza parkiet.

Summa summarum Utah Jazz dysponują obecnie najlepszym składem i najlepszą jakością gry od czasów Johna Stocktona, Karla Malone oraz Jeffa Hornacka. Mają w składzie dwóch już wcześniej wymienionych, znakomitych all starów - Donovana Mitchella i Rudy'ego Goberta. Myślę, że tym starszym, najwierniejszym kibicom drużyny z Salt Lake City właśnie radują się serca, widząc team, przypominający ten, który chociażby w sezonach 96/97 oraz 97/98, pod wodzą wspaniałego trenera Jerry'ego Sloana triumfował w swojej konferencji, dwukrotnie awansował do finałów NBA, ulegając jedynie niepokonanej wtedy dynastii Byków z Jordanem na czele. Pięknie pisze się ta historia, ale nie wiadomo czy zostanie zakończona happy endem.

Rok temu Utah Jazz rozgrywali nie aż tak dobry, ale solidny sezon. Awansowali do półfinałów konferencji, w serii prowadzili już nawet 3-1 z Denver Nuggets, ale koniec końców ulegli rywalom 3-4. Może nie byli jeszcze na tyle gotowi, aby odnieść większy sukces. Teraz widać u nich sportową złość połączoną z dojrzałością, którą nareszcie osiągnęli. Pamiętajmy jednak, że sezon zasadniczy diametralnie różni się od fazy playoffs. Przychodzi większa presja, w niektórych momentach pojawiają się niedoświadczone wcześniej emocje. Nawet na takim poziomie sportowcy nie zawsze potrafią unieść ciężar, który niosą na plecach. Drużyna Quina Snydera gra mądrze i jest na dobrej drodze, by walczyć o najwyższe cele. Pytanie tylko czy dojrzałość połączona z determinacją pozostanie w zespole na dłużej niż półfinały konferencji zachodniej? Jeśli oczywiście uda im się dotrwać do tego momentu. Ten sezon zdaje się być czasem weryfikacji w ekipie Utah Jazz.