Nieważne czy jesteś kibicem Realu, Barcelony, Chelsea, Juventusu, czy jakiegokolwiek innego zespołu. Nieważne czy lubisz Liverpool, czy uważasz ten klub za największego przeciwnika. Chodzi o polski wieczór, ten z 25 maja 2005 roku. Chyba śmiało możemy powiedzieć, że był to jeden z najpiękniejszych momentów w historii polskiego sportu. Był to taki występ, dzięki któremu z pewnością wielu dzieciaków pokochało piłkę nożną i zapragnęło stanąć na linii między dwoma słupkami.

 

Miałem wtedy 7 lat i rzadko kiedy siedziałem do tak późnej godziny, co chyba nie jest dziwne, choć oczywiście mogę się mylić. Tak czy siak nie będziemy dzisiaj dyskutować o tym, do której godziny siedzą dzieciaki mające 7 lat. Większość młodych adeptów zafascynowanych sportem zaczyna właśnie od piłki nożnej, taka jest prawda. Tak samo było ze mną. To był czas, kiedy uwielbiałem futbol i wielbiłem go ponad wszystko. Polski wieczór na Atatürk w Stambule sprawił, że chciałem zostać nie tyle piłkarzem, co... Jurkiem Dudkiem i właśnie od tego zaczęła się moja podwórkowa przygoda z byciem bramkarzem. Ktoś miał podobnie, będąc takim kolokwialnie mówiąc smarkiem? A może nawet i nastolatkiem. Myślę, że artykuł przeczytają osoby z różnego przedziału wiekowego, dlatego nie chcę o nikim zapomnieć. Dla dorosłych to też był z pewnością wielki wieczór, można rzecz cudowna noc, bo przecież skończyło się na karnych.

 

Pamiętacie ten mecz? Jakość gry, taktyka, jako 7 latek na to nie patrzyłem. Dla mnie to było super widowisko i jeden z największych, najpiękniejszych powrotów w historii nie tylko piłki nożnej, ale ogólnie sportu. Jasne jest to, że w dużej mierze dzięki Jurkowi, jego „polskiej krwi”, choć przyznacie sami, comeback był niesamowity. Przypomnijmy sobie krótko ten wieczór. Pierwsza minuta i bramka Maldiniego po stałym fragmencie. Potem pod koniec pierwszej połowy swoje dwa grosze dokłada Crespo, mamy 3:0 dla Milanu, a ty myślisz, że jest po meczu. Zastanawiasz się nad sensem tego finału i bijesz się w głowę, mówiąc „przecież nie tak to miało wyglądać”. Jest przerwa, negatywne emocje kibiców zostają ostudzone (albo i nie). Jedni wyłączają telewizory, drudzy przełączają na inny program, a inni zostają wierni temu, co dzieje się na tureckiej murawie. Pewnie niektórzy z tych, którzy przestali oglądać, wrócili z powrotem przed ekran. W 54 minucie Steven Gerrard - kapitan The Reds, legenda klubu, trafia fantastyczną bramkę z główki po dośrodkowaniu Riise i pobudza swoich kompanów do walki, a kibiców do większego wsparcia. Gość daje sygnał, że nie odda tego finału za darmo. Zaczynasz czuć, że jest jeszcze jakaś iskierka nadziei, ale to nadal 3:1 dla Milanu. Jednak chwilę później, nie mając nic do stracenia, odważny strzał z dystansu oddaje Smicer. Piłka musnęła rękawice Didy, ale nie na tyle, żeby interwencja zakończyła się sukcesem. Liverpool strzela drugiego gola, a ja do dzisiaj jestem pełen podziwu dla Milana Barosa, który zdążył odsunąć się przy strzale swojego kolegi z drużyny. Troszkę szczęścia zawsze musi być (no i oczywiście dobry refleks, o którym później jeszcze wspomnę). Wtedy padły pamiętne, bynajmniej dla mnie, słowa Darka Szpakowskiego: „mówiłem, że to jeszcze nie jest koniec meczu". Wszystko się sprawdziło, bo to nie był koniec, a raczej początek. Kibice The Reds i wszyscy wspierający w tym finale klub naszego rodaka chyba nie mogli wymarzyć sobie lepszego scenariusza. Gerrard wbiega w pole karne, za nim Gattuso i co? Kapitan Liverpoolu pada na murawę, sędzia dyktuje rzut karny. No przecież za chwilę będziemy mieli remis! Do dziś decyzja sędziego Manuela Enrique Mejuto Gonzaleza budzi zapewne sporo kontrowersji, ale kapitan The Reds zrobił wtedy dla swojego zespołu najlepsze, co mógł. Wszystko mogłoby się z powrotem odwrócić na korzyść włoskiego zespołu, bo Dida obronił strzał Xabiego Alonso, ale Hiszpanowi udało się dobić i wyrównać stan rywalizacji. Miałem nadzieję, że Liverpool zamknie to w regulaminowym czasie gry. Tak się jednak nie stało. Momentami wyglądało to tak, jakby obie drużyny chciały dociągnąć do karnych, co się oczywiście sprawdziło. Jak dobrze wiemy, karne to loteria, jedna wielka niewiadoma i jedyna w swoim rodzaju gra nerwów. A co z naszym bohaterem w czarnym trykocie? Zaczęło się od dogrywki, w zasadzie samej końcówki, kiedy Jurek obronił strzał z główki oddany przez Andriya Shevchenko, a zaraz po tym jego dobitkę, której obronić nie powinien. Do dziś zadaję sobie pytanie czy to naprawdę nieprawdopodobne szczęście, czy niesamowity refleks Dudka. Pójdźmy na kompromis i powiedzmy, że jedno nałożyło się na drugie. Jurek był chyba w pełni świadomy tego, czego wtedy dokonał oraz co mogło się niebawem wydarzyć. Jego przytaknięcie głową mówiło samo za siebie.

 

Na karne chyba warto poświęcić osobny akapit. Nie będzie długo, raczej konkretnie. Dobre wykonanie strzałów przez ekipę The Reds to jedno (choć Dida wyczuł intencję i wyciągnął jednego karnego, którego wykonywał Riise), ale gra psychologiczna Jurka Dudka połączona z jego „pajacykiem” na linii bramkowej to drugie. Nie widziałem nigdy czegoś podobnego i potem grając na podwórku robiłem to samo (co prawda w koszulce Milana Barosa, którego zacząłem uwielbiać po tym finale). Najpierw podchodziłem do kumpli, podawałem im piłkę, potem wywijałem „pajacykowe akrobacje” w bramce, a oni pudłowali, oczywiście nie zawsze, ale wtedy czułeś się jak ten, który poprowadził Liverpool do triumfu w Lidze Mistrzów. Trzy obronione karne, w tym decydujący, do którego podchodził Shevchenko. To było wielkie święto w polskim sporcie.

 

Stworzyłem ten artykuł nie tylko po to, żeby podzielić się z Wami swoimi odczuciami i pokazać jak tamten mecz wpłynął na moje podejście do piłki nożnej, a także całego sportu. Jestem po prostu ciekaw czy przeżyliście ten wieczór w podobny sposób, czy jednak nie wywarł on na Was znaczącego wrażenia i nic nie zmienił. Jakie są Wasze wspomnienia? Temat do dyskusji, a artykuł taki, do którego zawsze można wrócić, bez względu na upływający czas. Trzymajcie się!