To, że każdy z nas jest kibicem jest oczywiste. Bardzo często jednak, ciężko przypomnieć nam sobie od czego nasza miłość do sportu się zaczęła, co dało nam impuls, przez który zakochaliśmy się w rywalizacji. Ja zastanawiając się nad tym troszkę czasu, doszedłem do wniosku, że jestem w stanie przypomnieć sobie które wydarzenie sportowe było tym dla mnie przełomowym, tym sprawiającym, że do dziś z pełnym zaangażowaniem pasjonuje się sportem i sam zawsze w coś tam grałem. Te kilka zdań poświęcę na pewien krótki, ale fajny okres w historii naszego miasta.

Był bowiem niezapomniany czas, który wszyscy starsi kibice i działacze piłkarscy w Słupcy wspominają, a w którym to ówczesna Pogoń Słupca grała w trzeciej lidze. I była to prawdziwa trzecia liga liczbowo, a nie tylko z nazwy. I właśnie moje pierwsze jakiekolwiek spotkanie które widziałem na żywo, odbyło się w ramach rozgrywek ligowych sezonu 1997/1998, a rywalem Słupczan był Pelikan Łowicz. Nie chcę tutaj opisywać teraz jak ten sezon się zakończył itd, bo nie o tym mowa, dlatego też bardziej skupię się na własnych wspomnieniach.

Na mecz zabrał mnie mój śp. dziadek, który sam wiele lat grał w piłkę, niesiony prawdopodobnie trochę na fali hype'u występującego w tamtym momencie na Pogoń. Ja nie byłem tego jeszcze świadomy, ale w tamtym sezonie nasz team rozpoczął rozgrywki fenomenalnie jak na beniaminka, odprawiając w dwóch domowych spotkaniach odpowiednio z Górnika Kłodawa oraz MKS Kutno. Jak się domyślam oczekiwania były spore przed konfrontacją z dość znanym rywalem jakim był Pelikan, ale tym razem naszym piłkarzom się nie poszczęściło. Przegraliśmy 1 - 2 przy pełnych trybunach, tak pełnych jak widziałem potem tylko raz, na meczu derbowym z Sokołem Kleczew wiele wiele lat później.

Do teraz mam przed oczami obraz zwycięskiego gola dla gości strzelonego na prawą bramkę stadionu przy Gajowej, bo działo się to dokładnie na wprost mnie. Wydaje mi się, że między słupkami wystąpił wtedy w charakterystycznej kolorowej bluzie Sebastian Topolski, który w sytuacji sam na sam został pokonany przez zawodnika z Łowicza. Jeśli się mylę co do osoby bramkarza, z góry przepraszam.

Pamiętam, że przed meczem panowała świetna atmosfera, czuć było zalążek piłkarskiego święta i wielkiego świata. Może to tylko moja podświadomość, ale kojarzę, że na obiekcie było wtedy bardzo kolorowo, gwarno, a sprzyjała temu również piękna pogoda. Trzecia liga była wtedy tymi rozgrywkami, które można już było śledzić na telegazecie, a jeśli ktoś nie wie, to był to swego rodzaju wyznacznik ważności klubu na piłkarskiej mapie kraju. A nazwa POGOŃ tam widniała i na pewno był to powód do dumy.

Taki czas nigdy później się już nie wydarzył, ale wiem, że na mnie na pewno to spotkanie odbiło duże piętno. Może kiedyś doczekamy się podobnego święta przy Gajowej - na pewno na to zasługujemy!